Mongolia. Kraj stepów szerokich, szamanów, buddyjskich lamów i wilków …

Nieplanowana noc u Szamanki.

Jest już ciemno. Jedziemy ósmą godzinę. Po najciemniejszych na świecie bezdrożach.

Asfalt widzieliśmy dobrych kilkaset kilometrów temu. Próbujemy dostrzec na horyzoncie białe punkciki. Punkciki oznaczają przystań, nocleg, jurty – przy założeniu, że mieszkańcy osady nie okażą się mniej gościnni od poprzednich.

Próbujemy przejechać przez napotkaną rzekę. Gdy jedynym źródłem światła jest księżyc płatający figle i chowający się za chmurami, a światła samochodu nie pomagają, a jedynie pogłębiają koloryt  mglistej zawiesiny – rzekę zauważa się w ostatnim momencie. Przy tak niewielkiej widoczności próbujemy znaleźć miejsce, gdzie jest względnie płytko i przejechać. Udało się! Nasza radość jest podwójna, gdy prowadzący samochód zauważa jurty. Jest nadzieja, że spędzimy noc przy ciepłym piecu! Podjeżdżamy. Jest prawie północ.

Pies obwieszcza gospodarzom, że przybyli goście. Nie jest agresywny. Jaki pan taki kram… Jaki kraj tacy mieszkańcy…

Wychodzi kobieta. Mówi, że czekała na nas. W naszej czteroosobowej ekipie jest Mongoł, nasz przyjaciel  dwadzieścia parę lat mieszkający w Polsce. Dzięki niemu nie musimy pokazywać gestów, że głodni i śpiący. Zresztą to akurat oczywiste – czego może chcieć ekipa białych przybyszów z dala od cywilizacji, w nocy, na środku mongolskich stepów? 

– Jak to, czekała na nas? – wychwytuje mój niezbyt już bystry ze zmęczenia umysł.

– Wyraziła się jasno. Czekała. Mamy teraz odpocząć w jednej z trzech jurt, wypić herbatę, ogrzać się , a ona o 1:30 przyjdzie po nas. Przyjdzie i zaprosi nas na tradycyjny szamański rytuał. O 1:40 jest najbardziej sprzyjające połączenie z „górą”, więc wtedy zaczniemy – tłumaczy spokojnie nasz przyjaciel.

Nie ma niczego wokół, tylko ciemność i wycie wilków. Zaraz przeżyjemy coś, na co z pewnością nie jesteśmy gotowi.

Ze spokojem, ufnością i pokorą, punkt 1:30 wychodzimy w asyście jakiegoś mężczyzny do sąsiedniej jurty.

Szamanka nie przypomina już kobiety, która nas witała. Ma teraz na sobie długi, ciągnący się płaszcz, uszyty z wielu skór. Wiszą na nim włosy, pazury i kilka innych niewiadomego pochodzenia atrybutów. Twarz ma zasłoniętą, zamiast włosów- rozmaite pióra, w miejscu oczu – w skórzanej płachcie wyciętą kratkę. Ona widzi nas, my jej nie. 1:40 zaczyna się. Uderzenia w bęben słychać chyba na Marsie. Wilki stanowią chórek. Nawet ładna ta kompozycja dźwięków, gdyby nie fakt, że nadal nie wiemy, co nas czeka… Uderzenia trwają ponad pół godziny, dochodzi śpiew. Bęben, wilki, śpiew, obrót w prawo, w lewo, nasza szamanka zaczyna się trząść, po czym siada i … zaczyna mówić męskim, bardzo dojrzałym głosem. Wiedziała, że jest wśród nas lekarz, że jego dziadek ( pra, pra, pra) od dawna chciał do niego dotrzeć. Dotarł. Teraz. Jestem tego świadkiem. Prowadzą ze sobą dialog. Mimo, że z jej słów płynie mądrość i spokój, ja czuję niepewność i niezrozumienie. Najchętniej bym uciekła, ale gdzie? Na moich oczach rozgrywa się scena, której racjonalnie nie umiem wytłumaczyć. Co ja tu robię? W jakim celu się tu znalazłam? Czy chcę zaraz usłyszeć głos swojej prababki? I do tego wilki… nie przestają wyć.

Dziś wspominam to, jak scenę z filmu. Myślę, że lepiej przeżyć coś raz niż słyszeć o tym 100 razy. Szamance po godzinie zmienił się głos. Wrócił kobiecy i delikatny. Opadła z sił, a my około 3.00 wróciliśmy w milczeniu do swojej jurty…

Niebo i jego świetlista zawartość nigdzie indziej nie jest tak bliskie jak na stepie… wielkim i szerokim…

Poranki są takie ciche… słychać tylko wiatr i tętent pędzących koni. Ten kraj to wolność i do tego ten zapach… Mongolia pachnie świeżo rozgniecionymi jagodami… Może to sprawiło, że czułam się tam jak w domu, bardzo bezpiecznie.

Z pozoru nie ma nic, a jest wszystko.

Mieszkańcy niczego nie uprawiają. Dziko rosnąca cebula to jedyne warzywo, które napotkaliśmy w swojej wędrówce. Mongołowie żyją dzięki zwierzętom. To one w tych surowych warunkach pozwalają przeżyć. Oczywiście w stolicy jest mnóstwo warzyw i owoców, ale najczęściej są to produkty sprowadzane z Chin, jednak my szybko opuściliśmy gwar Ułan Bator.

Gdy oddalamy się od miasta, należy pamiętać, że trudno o stację benzynową, a co dopiero o bankomat, szewca, dentystę albo mechanika… No właśnie! Kilkaset km od stolicy psuje nam się auto. Przedni wahacz odmawia posłuszeństwa, a z napędu na cztery koła pozostaje nam na dwa. Co teraz? Otóż podróż do Mongolii nauczyła mnie, że nawet jeśli od kilku godzin nie widziałam żywej duszy, zaraz, nie wiadomo skąd, znajdzie się rozwiązanie mojego problemu. Tak było i tym razem. Mija nas pan na motorku i mówi, że za chwilę, znaczy za „tyle”(oddalił nieco palec wskazujący od kciuka) będzie uzdrowisko i tam znajdziemy pomoc. Uzdrowisko? Na końcu świata? WOW! Jedziemy. Towarzyszy nam stukot zepsutego koła. „Tyle” okazało się nie tak blisko i po ponad 2 godzinach jazdy trafiamy do celu, choć ten wcale nie wyglądał na ziemię obiecaną. Jedno jest pewne. Dalej nie pojedziemy. Tu się kończy droga, a noc za pasem. Widzimy rzekę, mostek i góry, a na uzdrowisko składa się: kilka zniszczonych, opuszczonych chat, ale za to otoczonych przyrodą, w której nie jeden pisarz stworzyłby dzieło na wzór Trylogii. I co? Na troje mieszkańców… jeden jest… mechanikiem!

Jak się zaraz okazało, z gór spływała gorąca woda… która ma właściwości lecznicze. Wpadała bezpośrednio do wanny, w której mogliśmy pierwszy raz od kilku dni zażyć kąpieli.

Życie jest piękne! A my po przespanej nocy, wykąpani, najedzeni, jedziemy dalej.

Kraj wojowników i lamów.

Mieszkańcy Mongolii wyznają buddyzm tybetański. Są bardzo gościnni, wyrozumiali, skromni, uważni, nastawieni na drugiego człowieka. W świątyniach, które nie zostały zniszczone przez pazur radzieckiego komunizmu, a jest ich dosłownie kilka, widać uśmiechniętych mnichów i wiernych, czuć zapach kadzideł i dobrą atmosferę. Panują tu spokój i radość. Zawsze w takich miejscach budzimy zainteresowanie. Niektórzy, zwłaszcza dzieci, nigdy wcześniej nie widzieli przybysza z Europy.

Po czasach triumfu Czyngis Chana, kiedy to Mongolia była azjatycką potęgą, pozostały jedynie legendy i majestatyczny, olbrzymi posąg przywódcy na koniu. Mówi się, że sukces jego podbojów tkwi w wieloletniej obserwacji wilczych watah… To one pokazały mu najskuteczniejsze metody ataku na przeciwnika.

Życie w jurcie.

Jesteśmy zaskoczeni czystością oraz ładem panującym na tak małej przestrzeni. Jest bardzo skromnie, nie ma zbędnych przedmiotów. Wszystko ma swoje miejsce. Stożkowata budowa przybytku, nie jest przypadkiem. Wszystko jest zgodne z zasadą Yin Yang. Prawa część jurty jest kobieca, lewa męska. Wszyscy śpią z głowami skierowanymi na północ, tak lepiej pracuje serce i krąży krew, w zgodzie z energią ziemi. Na środku jest piecyk. Dzięki niemu można przetrwać bardzo srogie zimy. Wszyscy spędzają czas razem. Jest rodzinnie, pachnie jedzeniem.

Bezkres wzruszeń.

Nad Mongolią jest najpiękniejsze niebo, jakie widziałam w życiu. Chmury umawiają się ze sobą i układają mozaiki, które się nie nudzą , a zachwycają bez końca. Krajobrazy są jak dzieła namalowane palcem Stwórcy. Turkusowe jeziora, złota pustynia, wzgórza obrośnięte miękkim, malachitowym  mchem, jaskinie, wulkany, masywy dziewiczych gór. Stada zwierząt- owiec, jaków, wielbłądów, koni bajecznie komponują się z resztą. Konno jeżdżą wszyscy. Dzieci jednocześnie uczą się chodzić i ujeżdżać te eleganckie czworonogi. To przepiękny widok.

Mongolia to lekcja. Lekcja uważności i bliskości. Wszędobylska cisza pozwala usłyszeć siebie. Poczuć na nowo. Zresetować gonitwę myśli. Dokopać się do swojego wnętrza. Usłyszeć bicie serca i prawdę o sobie samym.  Mongolia to droga, która pozwala wrócić do DOMU.

Fot. i tekst: Elwira Liegman