Czarownice z La Gomery.

Minął kolejny dzień naszego pobytu na kanarkowej ziemi.

Teneryfa codziennie budziła nas promieniami słońca, śpiewem ptaków i brzękiem sztućców dochodzącym z pobliskiej „śniadaniarni”.

Tego poranka, gdy zadzwonił budzik, było ciemno i cicho. Czwarta rano w każdej szerokości geograficznej wygląda podobnie i podobnie, a nawet identycznie nie chce się wstawać!

No, ale decyzja została podjęta, musimy być konsekwentne. To dziś się dowiemy, jak wygląda WYSPA CZAROWNIC. Od dawna zastanawiało nas, dlaczego akurat to miejsce na ziemi stało się stolicą zagadkowych dam. W czym tkwi tajemnica legend, które do dziś wzbudzają w słuchaczach tyle emocji?  Nasza ciekawość rosła. Pobudzał ją jeszcze fakt, że to z tej maleńkiej wysepki pewnego dnia wypłynął wszystkim znany Krzychu i odkrył już dziś wszystkim znaną Amerykę.

Czy to nie jest ekscytujące? Za kilka godzin zobaczymy La Gomerę na własne oczy!

Dzień wcześniej zabukowałyśmy jednodniową wycieczkę z serii Jeep Safari i udałyśmy się we wskazane miejsce zbiórki. Kierowca kazał na siebie dość długo czekać, ale przecież to wyspy, tu czas biegnie inaczej… J Wtedy nie domyśliłyśmy się nawet, z jaką nawiązką nasz „kiero” wynagrodzi nam te kilkadziesiąt minut oczekiwań. Bo ten dzień okaże się niebawem jednym z najśmieszniejszych w naszym życiu. Ale o tym za moment.

Jedzie! Oto On ! Nasz drogowskaz, opiekun, przewodnik, bohater! Wyszedł z białego, terenowego samochodu. Dość pewnym tupnięciem trapera o asfalt zaakcentował swą siłę i męskość. Brudne od gliny trapery rzuciły się nam w oczy, bo nic więcej zobaczyć się nie dało. Skutecznie oślepiło nas skierowane w naszą stronę światło, wiecie- takie z filmowych przesłuchań. Wysoki mężczyzna, świecąc nam w twarz latarką, zapytał:

-Dos czikas? ( dwie dziewczyny?)

-Czikas, czikas-oczywista sprawa 🙂


Richi w całej okazałości.

Zapakowałyśmy się do karety i wio Panie Richi! Taaaaak, to było najczęściej wypowiadane tego dnia słowo- Richi, chyba od Ricardo, ale od czego i dlaczego- to było naprawdę nieistotne.


Jak Go nie kochać?

Jedziemy. Zabieramy po drodze innych chcących poznać tajemnice owianej legendą wyspy…

La Gomera  to  wyspa oddalona od Teneryfy o 39 km. Ma ona niespełna 370 km2 i trochę ponad 20 tys. mieszkańców. Słynie ze zlotów czarownic i domu Kolumba. Krzysztof Kolumb zatrzymał się na La Gomerze w 1492– był to jego ostatni postój przed przepłynięciem Atlantyku i odkryciem Ameryki.

Prom, na który władowałyśmy się – my, współtowarzysze, Richi i inne Jeepy z turystami, płynął do celu około pół godziny.

Byłyśmy zaskoczone pięknym wnętrzem, wmontowanymi w oparcia siedzeń telewizorkami i smacznym bufetem. Bo głośnym śpiewem i wesołym tańcem przecież zaskoczonym być nie można! Jesteśmy na hiszpańskich wodach! Ole! 🙂

San Sebastián, stolicę La Gomery, poznajemy już przy pierwszym spotkaniu z lądem.

To klimatyczne miasteczko jest wypełnione restauracjami, kameralnymi kawiarenkami, uroczymi sklepikami i kolorowymi, zadbanymi kamienicami, które pamiętają przechadzającego się wąskimi uliczkami Kolumba.

Włoski żeglarz odkrył urokliwą wysepkę na drodze do Indii, a w późniejszym czasie, zauroczony pięknem wyspy albo z miłości do Beatriz, wdowy po gubernatorze ( główna przyczyna nieznana), powracał tu jeszcze dwukrotnie. To tu, w stolicy zachował się jego dom. No to idziemy!

Są takie miejsca na świecie, gdzie chcesz być. Zostać dłużej.  To było jedno z tych miejsc. Łóżko, biurko, weranda na której odpoczywał. Stare mapy, dziś oprawione i zawieszone na ścianach. On tu był…

Ale kim tak naprawdę  był mężczyzna , którego nazwisko znają wszyscy? Jakim był człowiekiem? Czy oprócz posiadania niepodważalnej ciekawości świata, wizji, marzeń, umiał zauważać rzeczy małe, nieistotne w zderzeniu z odkrywaniem lądów? Czy Pan Krzysztof wychodząc ze swojego domu wprost na gwarną uliczkę, zaczepiał ludzi? Krzyczał radośnie: „Ola Amigo!” czy był zamknięty w sobie i nie lubił pogawędek przy stoisku z owocami? Nie wiem, ale próbowałam na chwilę wczuć się w umysł tego wielkiego wizjonera. Oczywiście nie wytrzymałam zbyt długo i już jako ja i towarzysząca mi siostra, mające w zwyczaju raczej zaczepiać niż nie zaczepiać, poszłyśmy dalej poznawać miasteczko i jego mieszkańców.

 

Po stolicy przyszedł czas na zobaczenie tego, co rodzi wyspa. Pierwszy przystanek-plantacja aloesu.

I tu ciekawostka! Aloes posiada około 400 odmian, więc to nie ten sam, który tak chętnie hodowały nasze babcie J Posłuchałyśmy krótkiego wykładu o jego zbawiennym wpływie na nasze zdrowie, po czym jedna poszła orać pole, skutecznie odwracając uwagę towarzyszy. Tymczasem druga-gwizdnęła sadzonkę lagomerowego aloesu 😉

 

Oczywiście żartuję, można było ją ( sadzonkę) legalnie nabyć drogą kupna. Gorzej z przewiezieniem do Polski, ale udało się!

Dziś aloes ma się dobrze i za dwa lata będziemy mogły się nim dzielić (podobno po 5 latach od wsadzenia nabiera oczekiwanych właściwości leczniczych, łagodzących i nawilżających).

Być na La Gomerze i nie zagwizdać to grzech. Gwizdy, z naszego punktu widzenia nie należą do najtaktowniejszych form komunikacji, prawda? Tu, na La Gomerze, gwizd odgrywa bardzo ważną rolę. Na wyspie bowiem przez wiele lat w ten właśnie sposób się porozumiewano! Opowiedziano nam, że gwizdaną informację słychać było w promieniu nawet 4 km od gwizdającego. Zaszyfrowana wiadomość docierała więc z jednego krańca wyspy na drugi w zaskakującym tempie.

Wyspa ma bardzo niekorzystne ukształtowanie terenu. Często przemieszczenie się z wioski A do wioski B było niemożliwe, dlatego mieszkańcy nauczyli komunikować się ze sobą w ten właśnie sposób. Niektórzy do dziś potrafią to robić i udowodnili nam, że się naprawdę wzajemnie rozumieją.

Czas na odwiedziny jednej z plantacji bananów. Na Wyspach Kanaryjskich jest ich bardzo dużo.

– Richi, Richi, no gdzie jest ten NASZ Richi?

Jakże byłyśmy dumne, że naszym opiekunem był On. Wybranki losu i Ich Richardo 🙂 Richi był troskliwy i opiekuńczy. Macho o gołębim sercu i niespotykanym poczuciu humoru. Nie przeoczył ani jednej okazji, żeby rozśmieszyć nas do łez. Był królem szos i mistrzem driftu.

Jeździliśmy na dwóch kołach, zatrzymywaliśmy się centymetr przed drzewem i wybuchaliśmy śmiechem średnio raz na minutę. Słychać nas było na całej wyspie, więc z pewnością usłyszały i te, do których zmierzamy…

Według legendy, kiedy wyspę otulała gęsta mgła, tak gęsta, że mieszkańcy zmuszeni byli pozostać w domach, na wyspie odbywały się zloty czarownic. Siedząc w wygodnym fotelu, popijając zieloną herbatę, przeczytawszy ostatnie zdanie, pewnie uśmiechnęłabym się pobłażliwie. Tam nasza reakcja była nieco odmienna. To wyjątkowe miejsce okazało się idealną scenerią dla czarownic, duchów i innych skrzatów leśnych.

Idąc w głąb trzeciorzędowego lasu, jednego z najstarszych na ziemi, poruszałyśmy się mroczną ścieżką. Na liściach, korze drzew i kwiatach widać było krople wody. Zderzające się ze sobą masy powietrza tworzą mgłę, która skrapla się na roślinach i spływa po nich na ziemię, stąd tak duża wilgoć. Po obu stronach ścieżki rozciągał się dywan kwiatów i mchów, powietrze tak rześkie, że aż nasze nozdrza same przyspieszały nabieranie powietrza do organizmu. Więcej i więcej! Podświadomość podpowiadała- „Oddychaj przez nos”-jak mawia nasza Mama 🙂

W rezerwacie rosną laury, wierzby kanaryjskie, wawrzyny. Jest pięknie! Tak strasznie i mroczno, że aż bajecznie.

Park Narodowy Garajonay ( a w nim 400 gatunków krzewów i drzew) jest wpisany na listę UNESCO.

Na wyspie jest dużo stromych zboczy, klifów, skał i wykutych w nich tuneli, dzięki którym jazda samochodem jest naprawdę przyjemna i ekscytująca. Jak na tak małą wyspę, mieszkańcy mogą się pochwalić niezniszczonymi, szerokimi drogami. Podczas podróży zauważyłyśmy w pionowych ścianach górskich wyżłobione dziury… powiedziano nam, że w nich do dziś mieszkają Czarownice…

W tym miejscu pragniemy pozdrowić wspaniałych ludzi, którzy towarzyszyli nam w tej wyprawie: Kasię, Jakuba i Leszka oraz Marysię i Krzysztofa. Dziękujemy za Waszą obecność!

Więcej zdjęć znajdziecie w zakładce ZDJĘCIA.